2606

Arka – odkrycie archeologiczne wszechczasów

Dzień 27 kwietnia 2010 roku przejdzie zapewne do historii, gdyż tego

dnia grupa złożona z chińskich i tureckich archeologów oznajmiła o

znalezieniu w masywie Ararat poszukiwanej tam od paru tysięcy lat

arki Noego. Wydarzenie to zwiastuje zwrot w dzisiejszych

wyobrażeniach o powstaniu życia na ziemi, gdyż zmusza badaczy do

rewizji ich spojrzenia na procesy, jakie zaszły w ostatnim okresie

geologicznym – Plejstocenie, kiedy to miał ewoluować człowiek. Okres

ten nie zawsze się tak nazywał. Przez większą część XIX wieku

nosił nazwę Dyluwium, czyli potopu, gdyż ówcześni geolodzy byli

zdania, że wszystkie zmiany, jakie nadały powierzchni ziemi

dzisiejszy wygląd, były następstwem globalnego potopu tak dokładnie

opisanego w Rozdziale 6 biblijnej Księgi Rodzaju. Dopiero w XX wieku

ewolucjoniści, negujący możliwość jakiejkolwiek ingerencji Boga w

procesy na ziemi, ukuli nazwę Plejstocen. O jakie zmiany może tu

chodzić? Otóż powierzchnia ziemi na wielu obszarach, zwłaszcza w

północnej części Półkuli Północnej, pokryta jest gęsto jeziorami i

niewielkimi wzgórzami. Na terenach tych i jeszcze dalej na południe

znaleźć można na polach w lasach, a nawet na wierzchołkach

mniejszych gór, olbrzymie głazy, które musiały tam zostać w jakiś

sposób przetransportowane. Doliny rzek, zwłaszcza na Syberii, usłane

są kośćmi milionów mamutów – nieistniejących dziś krewniaków

słonia; co więcej, można te ostatnie znaleźć zakonserwowane w

całości w lodach na północ od północnego koła podbiegunowego. Dla

geologów pierwszej połowy XIX wieku interpretacja tych zjawisk nie

nastręczała żadnych problemów, bowiem wszystko wskazywało, że były

to następstwa potopu, który zgodnie z opisem biblijnym nastąpił

późną jesienią i objął całą ziemię. Wody miały wezbrać powyżej

wierzchołków łańcuchów górskich i utrzymywały się nad ziemią w sumie

niemal przez rok. Z uwagi na niskie temperatury w pierwszej fazie

kataklizmu wody na terenach polarnych zamarzły przybierając postać

gór lodowych, które w miarę jak się ocieplało dryfowały na południe,

podobnie jak dzieje się to dziś, i topniejąc pozostawiały na lądzie

przymarznięte do nich skały, oderwane od szczytów górskich. Niekiedy

góra lodowa osiadała zanim jeszcze stopniała i wtedy powstawało

jezioro. W ostatniej fazie, gdy kry były juz blisko powierzchni

ziemi, ich dryfowanie i prądy morskie powodowały powstawanie

głębokich rys na skałach oraz przemieszczanie się ziemi, prowadzące

do powstania wzgórz. Najbardziej przekonujące było wyjaśnieni e

zjawiska kości mamutów. Otóż zwierzęta te, które musiały przed

potopem w ogromnej liczbie zamieszkiwać Północną Półkulę, zwłaszcza

Syberię, spłynęły wraz z wodami potopu do rzek i tam utonęły.

Niektóre zostały zagnane wiatrem poza koło polarne i tam zamarzły w

całości. O tym, że powodem ich śmierci było utonięcie, świadczy muł

znaleziony w ich płucach.

Kiedy na scenę naukowa w drugiej połowie XIX wieku weszli

ewolucjoniści, po opublikowaniu przez Karola Darwina pracy „O

powstawaniu gatunków”, natychmiast odrzucili potop jako czynnik

sprawczy zmian w okresie Dyluwium i zaczęli szukać jakiejś

alternatywy, która nie miałaby nic wspólnego z Bogiem. Znaleźli

takową w postaci teorii zlodowacenia, a ponieważ takowe nie miało

wówczas na ziemi miejsca, zaczęli naginać do niej wszystkie fakty,

co sprawiło, że dla uważnego krytyka teoria ta stanowiła zawsze

zlepek sprzeczności. Sama przyczyna domniemanego zlodowacenia, czy

raczej postulowanych czterech głównych zlodowaceń, budzi uzasadnione

wątpliwości, gdyż opracowana przez serbskiego matematyka Milutina

Milankowicia krzywa zmian temperatury w okresie ostatnich kilkuset

tysięcy lat nie wykazuje właściwie żadnych minimów, w każdym razie

takich , które mogłyby spowodować tak znaczne ochłodzenie ziemi.

Krzywa ta ma postać piły, czyli rowków i ząbków, przy czym są one

tak niewielkie – obrazują wahania temperatury w granicach 1 stopnia

Celsjusza – co byłoby za mało dla wyjaśnienia zlodowaceń.

Ze względów geologicznych potrzebne były w krzywej

Milankowcia cztery minima temperaturowe obrazujące cztery epoki

lodowcowe, a serbski matematyk znalazł ich aż dziewięć, więc dopiero

po dużym naciąganiu skurczyły się one do czterech. Nikt poważny nie

uważa dziś krzywej Milankowicia za żaden dowód, ale zatyka ona nadal

usta wszystkim tym, dla których matematyka nie jest mocną stroną.

Sama teoria zlodowaceń nie jest w stanie wyjaśnić faktu

istnienia głazów narzutowych, zwłaszcza tych ogromnych i

pozostawionych na szczytach gór w Jurze krakowskiej. Jest też

bezsilna wobec wymarcia mamutów właśnie w dolinach rzek i

obecności w ich płucach mułu. Dla uzasadnienia faktu, że istnieją

ślady tylko jednego spadku poziomu oceanów (wzniesione plaże),

podczas gdy okresów ocieplenia było podobno trzy, badacze

wyczarowują naciągnięte teorie, związane z różnicami w częstości

występowania różnych gatunków zwierząt zamieszkujących tereny

objęte rzekomym zlodowaceniem. Nie miejsce tu na dokładne omówienie

wszystkich sztuczek, do których badacze uciekają się w celu

przeforsowania swych racji. Ważne jest, że teoria, czy dziś już fakt

potopu stanowi o wiele lepsze i prostsze wyjaśnienie. Dlatego

znalezienie arki jest tak ważne dla zrozumienia świata, który nas

otacza.