14036

Wątpliwości wokół plejstoceńskiej epoki lodowcowej

www.moon-and-deluge.com/Mamuty.htm

Zaznaczam, że nie popieram wizji potopu, jaką prezentuje autor opracowania. Ostatnimi czasy wielu geologów (w Polsce ukazało się kilka pozycji na ten temat) uważa, że w przeszłości nastąpił ogólnoziemski potop. Nie chodzi im oczywiście o potop biblijny. Uważają natomiast, że opowieść o potopie biblijnym, jak i funkcjonowanie zniekształconych legend na temat potopu pośród niemal wszystkich ludów na świecie, to pozostałość po potopie, który nastąpił w czasie epoki lodowcowej. Mnie w zalinkowanym tekście zainteresowało coś innego. Autor podaje wiele paleontologicznych faktów, które stoją w sprzeczności z wnioskami teoretyków zajmujących się rekonstruowaniem przebiegu plejstoceńskiej epoki lodowcowej. Nie biorę odpowiedzialności za wszystkie tezy autora. Z jednymi się zgadzam na temat innych nie mam wyrobionej opinii. Po prostu nie posiadam odpowiedniej wiedzy, aby to zweryfikować, więc postanowiłem to wrzucić tutaj, w nadziei, że znajdą się osoby obeznane z tematem i wniosą coś do mojej wiedzy-uzupełniając, lub poddając krytycznej i co najważniejsze merytorycznej analizie tezy autora. Prosiłbym o przemyślane wypowiedzi. O wypowiedzi na temat. Prosiłbym, żeby nieobeznani z tematem nie nabijali statystyk pisząc co ślina przyniesie na klawiaturę, lecz aby pozostali raczej biernymi obserwatorami.

Tematy, które poruszył autor:

1) 40–35tys. lat temu, za kołem polarnym kwitło życie

2) 31-14 tys. lat temu, przy kole polarnym kwitło życie

4) 20 380 lat temu, 800 km za kołem polarnym kwitło życie

5) 14 tys. lat temu, 600 km za kołem polarnym kwitło życie

6) Na oziębienie się klimatu wraz z końcem plejstocenu (a nie ocieplenie), wskazują także spadki w rozmiarach ludzi i zwierząt

7) Mit „nasuwającego się lodowca” i mit „głazów narzutowych”

8) 18 000–16 000 p.n.e. Rzekomy okres maksymalnego zasięgu lodowca.

9) Mamuty zaczęły głodować ok. 10 tys. lat temu.

11) Epoka lodowa której nie było (45–13 tys. lat temu)

i in.

pozdrawiam.

Bez kategorii

Zwodniczy argument Russela.

„Jeżeli personifikuje się ‘przypadek’, mówiąc o nim jak o sile sprawczej, (…) to w sposób nieusprawiedliwiony zamienia się pogląd naukowy w koncepcję na poły religijną, mitologiczną”

Donald M.MacKay.

„Ponieważ nieznaną przyczynę już od dawna nazywa się ‘przypadkiem’, ludzie zaczynają zapominać, że właśnie taki sens nadano temu słowu. (…) Dla wielu osób założenie: ‘przypadek to nieznana przyczyna’, zamieniło się w przeświadczenie, że ‘przypadek jest przyczyną’”.

Robert C.Sproul


________________________

ARGUMENT BERTRANDA RUSSELA.

Bertrand Russell mawiał, że jeśli ktoś wyjedzie na autostradę i zapisze numer rejestracyjny przypadkowego samochodu, który spotka, to dojdzie do wniosku, że stał się cud. Bowiem spotkanie akurat tego samochodu było znikomo mało prawdopodobne. Jednak jakiś samochód spotkać musieliśmy, więc cudu nie ma……………….

> Argument Russella jest poważnym nadużyciem. Przenosi on

> prawdopodobieństwo zdarzenia jednego rodzaju (wynoszące 100%) na

> zdarzenie zupełnie innego rodzaju, którego prawdopodobieństwa nawet nie

> próbuje policzyć. Do stwierdzenia, że powstanie człowieka jest

> zdarzeniem banalnym, wystarcza mu sam światopogląd.

skroc.pl/57e3

Odpowiedz na infantylny argument Russella jest banalnie prosta. W naszym wszechświecie istnieją takie zjawiska, które zachodzą z dużym prawdopodobieństwem,średnim,małym i takie, które w ogóle nie mają szans zajść.

Russell po prostu stosuje tutaj nielogiczny argument ze złej analogii. Ale jak określić, które zdarzenia są prawdopodobne, a które nie?

> W istocie jednak Dawkins po prostu NIE WIE, jak powstało życie i jak

> wyewoluował człowiek. Posługuje się wyidealizowanymi, uproszczonymi

> modelami, w których prawdopodobieństwo zajścia zdarzeń zgodnych z tezą

> autora jest wielokrotnie przeszacowane.

skroc.pl/fcb0

skroc.pl/3808

skroc.pl/c4de

Z powstaniem życia jest taka trudność, że jest jest ono złożone z wielu podzespołów, dla których już każdego z osobna prawdopodobieństwo SAMOpowstania jest bardzo

znikome. Mało tego każda taka sekwencja SAMOdziejstwa musiałaby być zależna od

każdej następnej, albo poprzedniej.

Nawiązując do argumentu Bertranda Russela wyobrazmy sobie sznur samochodów na autostradzie. Każdy z tych samochodów obrazuje jeden podzespół konieczny do powstania kompletnego żywego organizmu komórkowego. Teraz zajrzyjmy w procesy funkcjonowania żywej komórki. Poszczególne cykle życiowe w najprostszej komórce składają się z kilkunastu tysięcy precyzyjnie zgranych podzespołów, np. szlaki metaboliczne z konkretnej ilości konkretnych rodzajów enzymów.

Takich cykli jest więcej i wszystkie one muszą ponadto pasować do innych cykli.

Informacja genetyczna zawarta w DNA, organelle (rybosomy), kwasy rybonukleinowe (mRNA, tRNA, rRNA), to wszystko precyzyjnie zgrane podzespoły ,które tworzą jedną nieredukowalnie złożoną całość.

Teraz wyobrazmy sobie, że podczas powstawania żywego organizmu powstawały losowo

podzespoły konieczne, ale bezużyteczne, bo niedopasowane przez to,że nie powstawały we właściwym czasie, kolejności i miejscu.

Znając możliwości układania na wszelakie sposoby 20 L-aminokwasów w polipeptydzie, czy rybonukleotydów w RNA (A,G,C,U) lub deoksyrybonukleotydów (A,T,G,C) w

DNA, otrzymujemy oszałamiającą ilość wymieszanych losowo możliwych i bezużytecznych konfiguracji, a nawet te ewentualnie dobre i tak okazują się niewłaściwe, bo nie powstają gdzie trzeba i kiedy należy!

skroc.pl/452a

W tym całym zamieszaniu (racemacie) podzespoły użyteczne i rozproszone pośród tłumu nieużytecznych, to po prostu kropla w morzu innych kropel.

Kiedy zaczerpniemy z tego zamieszania losową ilość podzespołów to czy da nam to zamierzony efekt, czy za jednym razem pozbieramy rozproszone w czasie i przestrzeni niezbędne życiodajne krople?

skroc.pl/5d73

Czy uzyskamy te niezbędne do złożenia żywej komórki? Czy przypadkowe enzymy będą

pasowały do innych? A te do konkretnych sekwencji DNA i RNA i w końcu te ostatnie do siebie samych?

W którym miejscu tego oceanu byśmy nie czerpali, to zawsze zaczerpniemy mieszaninę bezużyteczną, ponieważ nawet jeżeli istnieją w tej potężnej mieszaninie możliwości poskładania życia na różne sposoby to i tak zawsze zaczerpniemy losowy zestaw podzespołów do siebie nie pasujących.

Jednak zawsze możemy liczyć jakie było prawdopodobieństwo zaczerpnięcia nawet losowej sekwencji, ale czy to ma jakiś praktyczny sens? Nie: dokładnie, jak zapisywanie losowych numerów samochodowych w przykładzie Bernarda Russela.

Przecież nie osiągamy w ten sposób zamierzonego efektu, czyli nie jest spełniany wymóg

kolejnych pasujących do siebie sekwencji!

Po prostu w znanym nam wszechświecie w pewnych

warunkach (w tym przypadku w praoceanicznej mieszaninie zbędnych i niezbędnych konfiguracji) pewne zdarzenia nie zachodzą, nie zaszły i nie zajdą.

Jeżeli zajście prawdopodobieństwa każdego zdarzenia byłoby takie samo, to mielibyśmy naturalne kopalnie złotych monet,studnie z piwem,każdy człowiek za każdym razem wygrywałby główną wygraną w totolotka, a robaki i myszy powstawałyby spontanicznie na naszych oczach.

Sam fakt, że takie zdarzenia nie mają miejsca pokazuje,że pewne zdarzenia są tak mało prawdopodobne,że nie mają szans zajść w naszym Wszechświecie.

Czy ktoś uwierzy, że komputer może powstać samoistnie z mieszaniny losowo wymieszanych podzespołów?

Odnosząc to rozważanie do złej analogii Bertranda Russela z samochodami, to jakikolwiek ciąg przejeżdżających samochodów nie obrazuje nieprawdopodobnych zdarzeń w naszym Wszechświecie. Takie zdarzenia obrazowałby napotkany ciąg powiedzmy 100 samochodów marki mercedes z tego samego rocznika , tego samego koloru, z tego samego kraju, prowadzone przez rudowłosych kierowców i z miast na literę ‚M’, który przejechałby przypadkowo w ciągu godziny po tym samym odcinku autostrady.

Poza tym zdarzenie takie nie mogłoby być wcześniej zaplanowane, bo w takim przypadku mielibyśmy do czynienia z inteligentnym projektem!

Dlaczego wszystkimi autostradami świata od początku ich istnienia przejeżdżają każdego dnia różne zestawy samochodów, a taki zestaw nigdy się nie trafił? Dlatego, ponieważ takie konfiguracje samochodów, jak POWSZECHNIE przejeżdżające są wysoce prawdopodobne, a taka akurat nie. Poucza nas o tym nie tylko rachunek prawdopodobieństwa, ale jeszcze DOŚWIADCZENIE!

Czy trzeba czegoś więcej, żeby móc się o tym przekonać?

Albo z innej beczki. Każdy przechodząc koło kiosku , gdzie sprzedaje się kupony może

znajdować przez 20 dni z rzędu jakieś wypełnione i porzucone pojedyncze kupony totolotka.

Może też policzyć jakie było prawdopodobieństwo znalezienia tych, w jakiś sposób wypełnionych, kuponów i te prawdopodobieństwo może okazać się rzeczywiście krańcowo małe, niepowtarzalne.

Ale czy znajdzie 20 razy z rzędu , dzień po dniu, kupony z główną wygraną?

Czy takie coś może się zdarzyć?

Bez kategorii

Ostatni dinozaur

nauka.newsweek.pl/ostatni-dinozaur,79520,1,1.html

http://www.newsweek.pl/bins/Media/Pictures/fd/fddb/fddb687add7f4993a760c8f479beaa5e_thb14.jpg

Skamieniałe szczątki triceratopsa zmarłego tuż przed katastrofą, która zmiotła z powierzchni dinozaury, znaleźli w Montanie amerykańscy naukowcy z Yale University. Odkrycie to przeczy lansowanej ostatnio tezie, że duże dinozaury wyginęły setki tysięcy, jeśli nie miliony lat przed tym wydarzeniem.

Dyskusja na temat zagłady tych pradawnych stworzeń nabrała ostatnio tempa. Główna linia sporu dotyczy kwestii, co i kiedy zabiło dinozaury. Teoretycznie od kilkudziesięciu lat wiadomo, że ok. 65 milionów lat temu w Ziemię uderzył gigantyczny meteoryt, po którym w osadach została cienka warstewka irydu. Jednak czy rzeczywiście to właśnie on wybił dinozaury?

Przeciwnicy „teorii meteorytowej” twierdzą, że zagłada tych istot związana była z serią kolosalnych erupcji wulkanicznych na terenie dzisiejszych Indii. Miały się one zacząć ok. 67,5 miliona lat temu, krótkim, lecz gwałtownym epizodem. Potem po dwóch milionach lat względnego spokoju doszło do kolejnych erupcji. Pokryły one olbrzymie obszary bardzo grubą warstwą lawy, a wyrzucone w powietrze popioły i gazy spowodowały coś na kształt nuklearnej zimy.

Zwolennicy tej drugiej teorii głoszą też, że kiedy w Ziemię uderzył w końcu meteoryt (bo tego nikt nie neguje) dużych dinozaurów – tyranozaurów, triceratopsów czy ich krewniaków torozaurów – już nie było. Pewnym potwierdzeniem owej tezy była nieobecność kości tych stworzeń w osadach utworzonych tuż pod warstwą irydu, a więc powstałych niedługo przed katastrofą.

Jednak teraz dzięki nowemu odkryciu z Montany wszystko się zmienia. Znalezione tam skamieniałe szczątki ceratopsa – najprawdopodobniej triceratopsa – znajdowały się zaledwie 13 centymetrów pod warstwą irydu. Według Tylera Lysona z Yale University, głównego autora pracy opublikowanej w „Biology Letters”, oznacza to, że zwierzę zmarło kilkadziesiąt, a może nawet tylko kilka tysięcy lat przez katastrofą. Teoria meteorytu zyskała więc kolejny argument na swoją korzyść.

Skamieniałości „ostatniego” dinozaura uczeni odkryli w osadach mułowca – kamienia powstającego z mułu. Niewykluczone, że po śmierci triceratops wpadł do płytkiego jeziora lub rzeki. Katastrofę sprzed 65 milionów lat przetrwały tylko dinozaury latające. Ich potomkami są dzisiejsze ptaki.

Bez kategorii

Czy naukowcy szachrują?

Znalazłem coś bardzo ciekawego na ten temat :

„„WZMAGA się zaciekła rywalizacja. Zwycięzcy są wspaniale nagradzani, zwyciężonych czeka zapomnienie. W takiej atmosferze niekiedy trudno się oprzeć pokusie pójścia na nieuczciwe skróty, zwłaszcza że społeczeństwo rzadko kiedy przeciwstawia się zdecydowanie temu złu”. Tak zaczynał się artykuł zatytułowany „Publikuj, bo przepadniesz — albo sfabrykuj”, który się ukazał w czasopiśmie U.S. News & World Report. Żeby więc nie przepaść, wielu naukowców ucieka się do fałszerstw.

Uczeni znajdują się pod silną presją, by jak najwięcej publikować w czasopismach naukowych. Im dłuższa jest lista artykułów wydanych z nazwiskiem danego autora, tym większe ma on szanse otrzymania pracy, awansu, posady na uniwersytecie oraz rządowego wsparcia finansowego dla jego badań. Rząd federalny w USA „kontroluje największe źródło funduszy na badania: 5,6 [miliarda] dolarów rozdzielanych każdego roku przez Państwowe Instytuty Zdrowia [NIH]”.

Ponieważ „społeczność naukowa nie zabiera się do rozstrzygnięcia swego dylematu etycznego”, a ponadto „jakoś dziwnie unika bliższego zbadania jej postawy moralnej”, i „nie kwapi się do zrobienia u siebie porządków lub choćby do zwrócenia baczniejszej uwagi na popełniane wykroczenia”, komisje Kongresu amerykańskiego rozpoczęły przesłuchania i zastanawiają się nad uchwaleniem przepisów, które by tu wprowadziły należyty ład (New Scientist; U.S. News & World Report). Oczywiście taka perspektywa wcale nie odpowiada naukowcom. Niemniej pewne czasopismo naukowe stawia pytanie: „Czy nauka przestrzega czystości i porządku we własnym domu?” I samo odpowiada: „Nawet te skąpe informacje, które docierają do opinii publicznej, nasuwają poważne wątpliwości”.

Niektórzy badacze pomijają wyniki nie pasujące do tego, co chcą udowodnić (preparowanie); drudzy podają większą liczbę testów bądź doświadczeń niż ich w rzeczywistości przeprowadzili (trymowanie); inni przypisują sobie dane uzyskane przez drugich badaczy lub ich pomysły (plagiatorstwo); jeszcze inni opisują eksperymenty, których wcale nie robili, i podają rezultaty, których nigdy nie uzyskali (podrabianie). W pewnym czasopiśmie naukowym zamieszczono żart rysunkowy, wykpiwający tę ostatnią grupę oszustów; naukowiec rozmawia z kolegą o trzecim uczonym: „Publikuje tak dużo artykułów, bo skończył kurs twórczego pisarstwa”.

„Co w naszych czasach jest głównym produktem badań naukowych? Odpowiedź brzmi: papier” — czytamy w U.S. News & World Report. „Co roku ukazują się setki nowych czasopism, by pomieścić ten zalew artykułów naukowych, który wyduszają z siebie uczeni w przekonaniu, że ich droga do sukcesu zawodowego prowadzi przez długą listę publikacji”. Celem jest ilość, a nie jakość. W 40 000 czasopism pojawia się co roku milion artykułów. W części tego nawału „występują wyraźne objawy pewnych zasadniczych schorzeń, między innymi rozpowszechnionej wśród uczonych postawy ‛publikuj, bo przepadniesz’, która obecnie daje o sobie znać jak jeszcze nigdy i która ośmiela do puszczania w obieg tandety, powtórzeń, pustosłowia, a nawet szalbierstwa”.

Dr Drummond Rennie z kolegium redakcyjnego pisma The Journal of the American Medical Association tak się wypowiedział na temat złej jakości nadsyłanych prac: „Wygląda na to, że nie ma badań tak fragmentarycznych, hipotezy tak trywialnej, cytatu z literatury tak stronniczego lub samochwalczego, koncepcji tak krętej, metodyki tak nieudolnej, sposobu przedstawiania wyników tak nieścisłego, niejasnego i niespójnego, analizy tak ukierunkowanej, argumentacji tak mętnej, wniosków tak błahych lub nieuzasadnionych ani tekstów tak skłóconych z zasadami gramatyki i składni, żeby nie mogły ukazać się w druku”.

Mucha urasta do rozmiarów słonia

Ulegając hasłu „publikuj, bo przepadniesz”, wielu naukowców doszło do mistrzostwa w sztuce mnożenia liczby swoich artykułów; skromny dorobek potrafią rozdmuchać do niebywałych rozmiarów. Na przykład po napisaniu jednego artykułu dzielą go na cztery krótsze, co w żargonie środowiskowym nazywają „krojeniem salami”. Dzięki temu lista ich publikacji wydłuża się nie o jeden nowy artykuł, ale o cztery. Niekiedy wysyłają ten sam artykuł do kilku czasopism i wtedy liczą go tyle razy, ile razy został opublikowany. Nierzadko jeden artykuł podpisuje kilku uczonych i każdy dołącza go do swej listy. Dwu- lub trzystronicowy artykuł ma nieraz 6, 8, 10, 12 lub więcej autorów.

W programie z serii NOVA, zatytułowanym „Czy naukowcy szachrują?” i nadanym 25 października 1988 roku, pewien uczony powiedział w związku z tą praktyką: „Każdy stara się dopisać swoje nazwisko do jak największej liczby publikacji, wskutek czego często się zdarza, że duży zespół liczący 16 osób podpisuje jedną pracę, której może w ogóle nie warto było drukować. Taki jest rezultat szaleńczej pogoni za sukcesem, walki konkurencyjnej, prymitywnej mentalności, przy której liczy się jedynie ilość i której niewątpliwie sprzyja obecna struktura nauki w USA”. Niejeden ze współautorów mógł mieć bardzo znikomy udział w napisaniu danego artykułu, mógł go nawet wcale nie czytać, a mimo to dołącza go do listy swoich publikacji. Takie rozdęte wykazy są brane pod uwagę podczas przyznawania z funduszy społecznych setek tysięcy dolarów na badania naukowe.

Koleżeńskie recenzje zabezpieczeniem przed oszustwami?

Wydawcy czasopism naukowych częstokroć — choć nie zawsze — przed opublikowaniem artykułów dają je do przejrzenia innym uczonym. Teoretycznie takie recenzje mają wyeliminować naciągania i błędy. „Nauka koryguje się sama i żadna inna gałąź twórczości umysłowej nie może jej w tym dorównać”, oświadczył Isaac Asimov. „Nie ma żadnej innej dziedziny, która by miała taki mechanizm samokontroli”. Asimov dziwił się, że „tak rzadko dochodzi do skandali”.

Wielu innych jednak nie podziela takiego poglądu. Koleżeńskie recenzje to „kiepski sposób na wykrywanie oszustw”, ocenił cytowany już dr Drummond Rennie. W American Medical News czytamy: „Recenzowane czasopisma, które niegdyś uchodziły za prawie nieomylne, muszą teraz przyznać, że nie potrafią wyeliminować fałszerstw”. „Przeceniano zalety takich recenzji”, oświadczył dziennikarz piszący artykuły medyczne i felietony dla gazety The New York Times.

Czasopismo Science poinformowało, że pewien uczony, któremu dano do przejrzenia artykuł innego naukowca, został oskarżony o plagiat. Jak podają NIH, „wykorzystał do własnej pracy dane z opiniowanego przez siebie artykułu”. Takim postępowaniem „podrywa się zaufanie stanowiące podstawę systemu pisania recenzji”. W tym wypadku uznano, że winny „nie będzie mógł w przyszłości korzystać z funduszy państwowych”.

„Zarozumialstwo, z jakim koła naukowe obnosiły się ze swą czystością etyczną, zapewniało im przez długi czas łatwe powodzenie” — czytamy w czasopiśmie New Scientist. Ogromnie zachwalany system recenzji, który teoretycznie miał wychwycić wszelkie oszustwa, wielu uważa za zwykłą farsę. „W gruncie rzeczy rzadko się zdarza wyłowienie jakiejś kanalii spomiędzy uczonych, a gdy już do tego dojdzie, nierzadko okazuje się, że nie nagabywany przez nikogo poczynał sobie w taki sposób całymi latami, publikując fałszywe dane w szacownych pismach”.

Już wcześniej w gazecie The New York Times przytoczono wypowiedź pewnej urzędniczki z NIH: „Chyba już się skończyły czasy naiwności. Dawniej uważano, że naukowcy nie robią czegoś takiego. Teraz jednak zaczynamy sobie uświadamiać, że nie górują moralnie nad innymi ludźmi”. Dalej czytamy tam: „Jeszcze kilka lat temu rzadko się zdarzało, by do Państwowych Instytutów Zdrowia wpływała w ciągu roku jedna skarga o oszustwo; obecnie ich zdanie

Bez kategorii

Kłamstwa przeciwników energii jądrowej

Ruch przeciwników energetyki jądrowej, do którego kiedyś należałem, wprowadził światową opinię publiczną w błąd co do wpływu promieniowania na ludzkie zdrowie – pisze George Monbiot w „The Guardian” (a ja powtarzam za tygodnikiem „Forum”).

Tak autora charakteryzuje brytyjski dziennik:

George Monbiot – dziennikarz i publicysta, działacz ekologiczny uznany za persona non grata w kilkunastu krajach; w Indonezji skazany nawet na dożywocie. Przez wiele lat był czołowym przeciwnikiem energii jądrowej.

Monbiot pisze dalej:

Opinie, jakie wygłaszaliśmy są pozbawione postaw naukowych i całkowicie błędne. Wyrażając takie poglądy wyrządziliśmy ludziom – i sobie – niedźwiedzią przysługę. […] W ciągu minionego ćwierćwiecza przeciwnicy energetyki jądrowej podawali coraz wyższe liczby przypadków śmierci i chorób spowodowanych przez katastrofę w Czernobylu, szokując opinię publiczną zdjeciami z wadami wrodzonymi, jak w średniowiecznym cyrku. Dziś twierdzą oni, że Czernobyl pociągnął za sobą 985 tys. ofiar śmiertelnych […] Ruch zielonych zrobił wiele złego. Musimy to naprawić.

Bez kategorii

Spójrz dziecku w oczy – możesz uratować mu życie

I dlatego, że u nas nie wdrożono żadnych badań … 98% dzieci w szkołach już jest niewidomych, bo nie były leczone i nikt nie spojrzał im w oczy. Jak chodzę po ulicach miasta widzę, że prawie wszystkie nasze dzieci chodzą z opaskami zakrywającymi utracone oko.

Najwyższy czas, żeby temu zapobiec. Ludzie – patrzcie dzieciom w oczy, na ulicy, na podwórku, nie ważne czy je to dziecko, ratujmy im wzrok, to już epidemia (jak wynika z artykułu).

Pozdrawiam autora arykułu, który zapomniał napisać np. ile dzieci do lat 4 ginie np. na ulicy a ile z powodu tej choroby. No chyba, że jest to artykuł sponsorowany np. przez Okulistów … bo teraz rodzice pobiegną, żeby specjalista spojrzał. Czy na plamkę w oku? … nie, żeby spojrzał na kasę.

Bez kategorii

Łosie ocalone. Na razie

Ratkiewicz kpi sobie z ludzi: „[…] do każdego wzywać przenośny ultrasonograf. Ale to jest bardzo drogie i nie mielibyśmy możliwości pobrania aż tylu prób” Po pierwsze dlaczego wzywać, można od razu wybrać się na usypianie z aparatem. Aparat można nawet kupić jak już udało się dostać zgodę ministerstwa na odstrzał kilkudziesięciu łosi to o wiele łatwiej jest dostać grant na kilkanaście tysięcy. Zresztą jak to jest aż tak wielki problem dla leśników to oni mogli by ten grant ufundować. Groteskową wręcz kpiną jest stwierdzenie, że więcej łosi da się przebadać przez odstrzał niż przez badanie żywych. Zapewne chodzi raczej o XIX wieczną mentalność autora – przyniosą mi zwierza na stół, raz dwa zbadam, posprzątają po mnie a nie będę się taplać w błocku… Może być też inna motywacja „zrobimy sobie imprezę z dziczyzną”. Jakby ministerstwo środowiska cokolwiek się ceniło to przynajmniej kazało by słono zapłacić za każdego odstrzelonego łosia. Wtedy leśnicy i Ratkiewicz zastanowili by się czy rzeczywiście łosie aż tak bardzo im przeszkadzają.

Bez kategorii

Adres IP stał się daną osobową dzięki… Maryli Rodowicz

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie orzekł, że adres IP, pozwalający zidentyfikować autora wpisu na forum internetowym, należy do zbioru danych osobowych i administratorzy forum powinni go wydawać osobom, których dobra zostały naruszone. Sprawa dotyczy kilku wpisów na temat prywatnego życia Maryli Rodowicz, uznanych przez prawników piosenkarki za naruszające jej dobra osobiste.