Bez kategorii

Wózki sklepowe brudniejsze niż toaleta

Debilizm tej amerykańskiej krucjaty antybakteryjnej jest porażający. Antybakteryjny żel albo spray w damskiej torebce, antybakteryjne ściereczki, antybakteryjne mydełka, antybakteryjne środki do czyszczenia wszystkiego. A jak się, nie daj Boże, pojawi w domostwie małe dziecko, to porządna amerykańska mamusia ma na wszystko (i wszystkie powierzchnie) jedną odpowiedź: clorox bleach, czyli wspaniały środek na chlorze. A potem wielki szok skąd dzieci mają alergię na wszystko. No, jak przez pierwsze pięć lat żyją w świecie bez alergenów… Ale za to jak któryś bachor jakimś cudem złapie ospę, to się robi specjalne przyjęcia dla dzieci, żeby mogły złapać wszystkie…

A czy ktoś z szanownych forumowiczów przypomina sobie swoje dzieciństwo? Co się robiło, jak cukierek wpadł do piaskownicy? Wyciągało się, otrząsało z piasku (problem był, jak był już polizany, bo się obklejał) i zjadało. Nikomu nie przeszkadzało, że w tej piaskownicy wcześniej jakieś zwierzęta łaziły i jak całe dzieciństwo spędziłem między dwoma blokami, tak z grupy testowej kilkudziesięciu dzieciaków nikt nigdy nie zachorował z tego powodu. Oranżada z jednej butelki dla dziesięcioosobowej grupy… Nawet opryszczki nikt z moich znajomych nie dostał.

Pomijam już fakt, że za dorosłego z tą walką z bakteriami też bywa różnie. „Po pieniądzach”, albo „z miasta” się odruchowo ręce myje zanim się zacznie obiad robić. Ale z drugiej strony jak nie ma wolnej ręki, to klucze odruchowo biorę w zęby. A przecież były w jednej kieszeni z monetami. I co? Gdzie te E. coli? Tyle lat, a mnie nic innego niż przeziębienia się nie ima. Może jednak w tym starszym, niesterylnym sposobie życia była jakaś mądrość?