Bez kategorii

zwolennikom wałownictwa poglądowy rachunek

Zlewnia Wisły ma ok. 200tys. km^2. Jeśli na nią spadnie o 30 mm deszczu więcej, niż może od razu wsiąknąć w ziemię lub odparować, to Wisła musi odprowadzić

2*10^11 m^2 * 3*10^(-2) m = 6*10^9 m^3

wody.

Wisła ma ok. 1000 km długości. Załóżmy, że jej średnia szerokość wynosi 200 m i jest tak obwałowana, że nie może się rozlać wszerz; wtedy po tym trzydziestomilimetrowym opadzie jej lustro musi się podwyższyć o

6*10^9 m^3 / (10^6 m * 2*10^2 m) = 30 m

Tego oczywiście nie utrzymają żadne wały.

W rzeczywistości Wisła nie jest cała obwałowana, ma pewne możliwości rozlać się szerzej. Ponadto deszcze nie padają w całej zlewni jednocześnie i nie spływają do rzeki w tym samym momencie. Tak się dzieje tylko z rzadka, przy wyjątkowo niekorzystnych układach pogodowych. Ale też do katastrofy nie potrzeba aż 30 m różnicy poziomów, 3 metry to już jest ciężki problem, a 10 metrów nie wytrzymają żadne wały. Przyczyną klęsk jest taka gospodarka przestrzenna, która odbiera rzece możliwość rozlania się wszerz. Przyczyną klęsk są właśnie wały; one nie są przeciwpowodziowe, one są propowodziowe.

Dlaczego więc je budujemy? Dlatego, że są skutecznym sposobem lokalnej ochrony niewielkiego fragmentu brzegu, kosztem innego fragmentu, w innym (pobliskim) miejscu biegu rzeki. Skutkiem obwałowania rzeki w Puzonach Wyżnych jest zwiększenie zagrożenia w (być może mniej cennych) Trąbkach Leśnych; a jeśli Trąbczanie też się obwałują, to wały u Puzończyków przestaną wystarczać i będą wymagały podwyższenia i wzmocnienia. I tak się toczy przez Polskę coraz kosztowniejsza eskalacja wałownictwa.

Ja tu nie odkrywam żadnej prawdy tajemnej. Hydrolodzy wiedzą to wszystko doskonale i z drobnymi szczegółami; i zamiast wałów proponują tereny zalewowe, retencję, przepusty przelewowe i inne podobne sposoby. Więc dlaczego tylko buduje się wały?

Dlatego, że każdy inny sposób musiałby wyłączyć jakiś fragment ziemi spod normalnego gospodarowania. Zgoda na to, żeby rzeka co jakiś czas zalewała jakiś teren, oznacza, że na nim nie należy niczego budować, nawet siać nie należy niczego cenniejszego od trawy. Żaden wojewoda, ani inny urzędnik lokalnej administracji, nie powstrzyma naporu tłumu ludzi chcących się wybudować ,,w pięknym miejscu” i gotowych uruchomić w tej sprawie wszelkie wpływy, zażalenia, pieniądze na łapówki itp.

Dlatego lokalny administrator woli ,,bohaterską walkę z żywiołem” raz na kilka lat (i medal po tej walce) od codziennego handryczenia się z tłumami ,,inwestorów” (i dymisji w wyniku ich skarg). Umacnia wały, żeby właściciele takiej kazionnej zabudowy mieli złudzenie bezpieczeństwa. A jak trwoga, to do hydrologa — i wtedy następuje wysadzanie szczególnie szkodliwych fragmentów wałów… Tylko że po powodzi znowu się je odbudowuje i wmawia powodzianom, że teraz to już są bezpieczni.

A raczej że byliby bezpieczni, gdyby nie złośliwa dywersja bobrów.

– Stefan